Powidoki (2017) film do obejrzenia lub ściągnięcia na dysk!

Data publikacji: 2017-05-29

Powidoki (2017) film do obejrzenia lub ściągnięcia na dysk! Świetny film w szczególności na wieczór! Naprawdę wart obejrzenia! Nie pożałujesz, gdy go oglądniesz!

Powidoki Online

Powidoki Online

Powidoki Online

Bohaterem filmu „Powidoki” jest Władysław Strzemiński, artysta, który nie poddał się socrealizmowi i doświadczył dramatycznych skutków swoich wyborów artystycznych. To film o tym jak socjalistyczna władza zniszczyła charyzmatycznego, niepokornego człowieka.

SPRAWDŹ RÓWNIEŻ NA:

Powidoki Online

Powidoki Online

Powidoki Online

Powidoki Online

Powidoki Online

Długo zbierałam się do napisania tej recenzji. Musiały opaść emocje po ogłoszeniu tegorocznego polskiego kandydata do Oscara – odrzucenie produkcji nagradzanej na zagranicznych festiwalach, którą bez skrupułów możemy uznać za stworzoną na poziomie światowym, na rzecz najnowszego filmu 90-letniego Andrzeja Wajdy. Niełatwo krytykować Mistrza, ale spróbuję.

O Władysławie Strzemińskim powinien (u)słyszeć każdy. Prekursor unizmu, weteran I wojny światowej, kiedyś zwolennik rewolucji, potem „wróg systemu”. Wajda czyni nas świadkami pięciu ostatnich lat jego życia, okrawając historię malarza i profesora łódzkiej PWSSP wyłącznie do niezłomnej walki z socrealizmem w sztuce. Nie poznamy tu więc kulis utraty przez niego ręki i nogi oraz słuchu w jednym z uszu (o tym ostatnim nie zostanie uczyniona choćby jedna wzmianka), nie dane nam będzie naruszyć prywatności związku małżeńskiego z artystką Katarzyną Kobro – tak ważnego dla twórczości ich obojga i tak burzliwego. Nawet teoretycznie dotknięty znacząco w filmie wątek fascynacji mistrzem jego studentki Zosi, został potraktowany tak pobieżnie i staroświecko, że nie sposób się w niego zaangażować. Wszystkie postacie, za wyjątkiem Strzemińskiego, są tu papierowe, ledwie zarysowane, często nieumiejętnie poprowadzone przez młodych, a sztampowo przez starszych aktorów. Bogusław Linda lśni tu jak diament wśród węgli i, choć mógł to być zamierzony zabieg twórców, nie mogę pogodzić się z jego wykonaniem.

O ile „Ostatniej rodzinie” zarzucano, że za mało w niej scen Zdzisława Beksińskiego przy sztalugach, o tyle nie sposób podnieść tego argumentu przy krytyce filmu Wajdy. Strzemiński portretowany jest w dużej mierze podczas malowania tytułowych powidoków (prób uchwycenia wrażeń optycznych, powstałych wskutek spojrzenia w słońce). Nie zaburza tego obrazu rodzina (córka Nika, irytująco, sztywno i nieumiejętnie sportretowana przez Bronisławę Zamachowską – zbieżność nazwisk nieprzypadkowa – uzupełnia nasze wyobrażenie o malarzu w niewielkim stopniu, a już na pewno go nie przyćmiewa, bo nie sposób się z tą bohaterką utożsamić), natomiast relacje z otoczeniem schodzą na drugi plan wobec podstawowego wątku filmu: walki o byt, bez akceptacji dla warunków narzucanych odgórnie sztuce.

Czemu to dla Wajdy najważniejsza sprawa z bogatego w tematy życiorysu Strzemińskiego? Wielu uważa, że to poprzez kontrast z jego własnym życiem. Lata temu, idąc na kompromis z władzą, dokonał wyboru, dzięki któremu stworzył dzieła wybitne, także antykomunistyczne, ale też ustępstwami niejako wsparł system, z którym się nie zgadzał. Może to być także próba naprawienia dawnych błędów manifestem skierowanym przeciwko nowej ekipie rządzącej. W awangardowym twórcy, jakim bezsprzecznie Strzemiński był, Wajda widzi obrońcę artystycznych wartości, jedynego niezależnego, nieprzekupnego bohatera walki o wolność w sztuce. Jednak ten ostatni argument łatwo podważyć tezą o uniwersalności dzieła i potrzebnym do jego realizacji czasem, niekoniecznie zbieżnym z budzącymi kontrowersję poczynaniami polskich władz. Za niezamierzeniem końcowego efektu przemawia wypowiedź reżysera dla Newsweeka: „Widać zrobiliśmy film o Strzemińskim ku przestrodze, choć rozpoczynając zdjęcia, wcale o tym nie wiedzieliśmy”.

„Powidoki” są najbardziej antykomunistycznym filmem Wajdy, ale też do bólu tradycyjnym. Nie bójmy się tego słowa: zwyczajnie staroświeckim. Widać to i na poziomie scenariusza, i w prowadzeniu aktorów czy dialogów (te ostatnie obfitują w deklaratywne wypowiedzi, wyjęte wprost z „Teorii widzenia” autorstwa Strzemińskiego, podczas których łatwo stracić wątek). I bynajmniej nie jest to zabieg stylizacyjny, mający oddać lata 50. Jedyną rzeczą, która jest tu bardzo na czasie, jest czołówka: geometryczne formy jak z jednego z okresów w twórczości Strzemińskiego płyną po ekranie wraz z napisami. A tym, dla czego warto poświęcić ponad półtorej godziny na seans „Powidoków”, nawet jeśli będzie się podczas niego niecierpliwie spoglądać na zegarek już po 30 minutach, jest Bogusław Linda. Bezsprzecznie wykorzystał szansę, by przypomnieć o sobie i swoim talencie. To, co dzieje się w jego oczach, to, jak się porusza, świadom ułomności swego bohatera… Cieszę się, że ten film powstał właśnie z uwagi na niego i na portretowaną przez niego niezwykłą postać. Oraz ze względu na pięknie utrwaloną zdjęciami Pawła Edelmana, migającą w tle, Łódź.

Dlaczego Polski Instytut Sztuki Filmowej zdecydował się wybrać ten film do roli reprezentanta polskiego kina w tegorocznym wyścigu po Nagrody Akademii? Po pierwsze: Andrzej Wajda. Trzeba było odpowiednio uhonorować wielkiego polskiego reżysera, dla którego to być może ostatni film. A że Amerykańska Akademia Filmowa w 2000 roku wyróżniła go honorowym Oscarem, zapewne stwierdzono, że jego bynajmniej nie anonimowe nazwisko podziała. Po drugie: to „przejmująca, uniwersalna historia niszczenia jednostki przez totalitaryzm” (jak czytamy w uzasadnieniu wyboru Komisji Oscarowej). „Powidoki” mogą być potraktowane jako manifest, wyraz sprzeciwu wobec zacierania granicy między sztuką a polityką. Temat aktualny choćby w polskim świecie filmowym, a wobec dochodzenia na całym świecie do władzy ruchów coraz bardziej radykalnych – uniwersalny. Nie mogę się jednak pogodzić ze sposobem, w jaki spełniono wymóg Amerykańskiej Akademii Filmowej, bez którego państwo nie może zaproponować swojego kandydata do nominacji do Oscara: ponad tydzień pokazów „Powidoków”, na trzy miesiące przed oficjalną premierą, zrealizowano wyłącznie w warszawskim kinie Atlantic, a seanse odbywały się raz dziennie, w godzinach porannych.

Ilu ludzi, tyle opinii. Odbiór każdego rodzaju dzieła sztuki, także filmowego, zależy od naszej wrażliwości. Może nie posiadam niezbędnej do pozytywnego odbioru „Powidoków” odmiany tejże? Słuchając ostatnio Mai Komorowskiej, interpretującej wiersze Szymborskiej przed widownią o wysokiej średniej wiekowej, byłam jedną z nielicznych niezachwyconych. Może źle przewiduję i ten obraz ma szansę, większą niż choćby film Jana P. Matuszyńskiego, konkurować z tegorocznymi kandydatami w kategorii „Najlepszy film obcojęzyczny”? Nie da się jednak przejść obojętnie wobec wielości potknięć i ich „Powidokom” wybaczyć. Niemniej, jeśli szkoły mają w tym roku wybrać się na jedną polską produkcję do któregoś z multipleksów – zamiast „Smoleńska” polecam „Powidoki”: lekcję o Władysławie Strzemińskim w ciemnej, kinowej sali, wprost z dużego ekranu.