Soy Nero (2017) film do obejrzenia lub ściągnięcia na dysk!

Data publikacji: 2017-05-29

Soy Nero (2017) film do obejrzenia lub ściągnięcia na dysk! Świetny film w szczególności na wieczór! Naprawdę wart obejrzenia! Nie pożałujesz, gdy go oglądniesz!

Soy Nero Online

Soy Nero Online

Soy Nero Online

Deportowany Meksykanin nielegalnie wraca do Stanów Zjednoczonych. Wstępuje do armii, aby wywalczyć sobie obywatelstwo.

SPRAWDŹ RÓWNIEŻ NA:

Soy Nero Online

Soy Nero Online

Soy Nero Online

Soy Nero Online

„American dream” to mit, wszyscy o tym wiemy. Minęły już czasy, w których na kryzys reagowano nadprodukcją eskapistycznych filmów i historii z cyklu „od pucybuta do milionera”. Kino zaangażowane politycznie opowiada dziś o rozczarowaniu, którego nie sposób uniknąć. Ideały idą pod nóż; wolność, równość i tolerancja to puste hasła. Wysiłek nieuprzywilejowanej jednostki w walce o własne szczęście, pieniądze i stabilizację nie ma sensu; jest jak walenie głową w mur. Albo – gdybyśmy chcieli użyć mniej brutalnej metafory – jak syzyfowa praca. Obraz Syzyfa rymuje się zresztą z historią opowiedzianą w najnowszym filmie Rafiego Pittsa.

„Soy Nero” to historia chłopaka, który marzy o Ameryce. O kraju mlekiem i miodem płynącym i o obywatelstwie, z którego można być dumnym. Nero (świetny Johnny Ortiz) urodził się w Los Angeles, ale po wrześniu 2011 roku został deportowany do kraju, z którego pochodziła jego matka. Nie chce jednak mieszkać w Meksyku. Czuje się Amerykaninem, ale ponieważ nie ma na to papierów, granicę do raju musi przekroczyć nielegalnie. Przestrzeń między dwoma krajami na szczęście nie przypomina linii frontu. Pitts w oryginalny sposób odchodzi od ikonografii, do której przyzwyczaili nas twórcy i reporterzy opowiadający o tzw. Ameksyce. Na jego granicy nie toczy się wojna narkotykowych karteli, nikt nie handluje bronią, nie rozgrywają się żadne dramaty. Granica w filmie to przestrzeń zarezerwowana dla ekscytujących gier i zabaw. W jednej z pierwszych scen kilkumetrowy płot oddzielający Stany Zjednoczone od Meksyku pełni funkcję siatki do gry w siatkówkę. Kiedy chwilę potem Nero nielegalnie go przeskakuje, na tle nocnego nieba wybuchają fajerwerki. Mamy pierwszy dzień nowego roku i jakże piękną – choć mało subtelną – metaforę nowego życia.

Zbyt łatwe do odczytania alegorie są jedną z trzech podstawowych wad filmu. Drugą jest łopatologiczna powtarzalność wątków. Trzecią – poczucie, że historia, która mogłaby sprawnie obnażać mechanizmy rządzące amerykańską polityką, to zwykła agitka. Począwszy od prologu i kawału-przypowieści o mrówce (która za jedną upojną noc spędzoną ze słoniem musi zapłacić dożywotnim kopaniem mu grobu, bo kochanek zmarł w trakcie stosunku) reżyser sugeruje, że coś tu czegoś nie jest warte. Deportowany przed laty Nero, który wychował się w Stanach i z Meksykiem istotnie nie ma wiele wspólnego, stawia jednak na szali swoje życie. Chce wstąpić do armii, żeby w zamian – jak wielu innych w podobnym położeniu – dostać amerykańskiego obywatelstwo. Czy powinien desperacko poświęcać wszystko dla zielonej karty? Poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie powinno napędzać narrację filmu przez dobre półtorej godziny; tymczasem odpowiedź pada już na starcie. Co teraz? Pitts zachowuje się jak nauczyciel tłumaczący, jak pisać rozprawkę. Daje nam kolejne argumenty dowodzące słuszności tezy – postawionej jasno, wyraźnie i za wcześnie.

Nero podejmuje walkę z przeznaczeniem, ale walka średnio angażuje, kiedy jej wynik jest z góry przesądzony. Nero spróbuje przeciwstawić się światu, ale nie zmieni swojego koloru skóry, więc każdy będzie traktował go podejrzliwie, w myśl krzywdzących stereotypów. Co taki, jak on, robi w Beverly Hills? Czy jego brat naprawdę może tam mieszkać i beztrosko pływać w basenie jednej z luksusowych willi? Nero tam nie pasuje, zostaje mu więc armia. Ale trudno powiedzieć, czy w jej szeregach sprawdzi się lepiej. Kiedy dopina swego i zakłada mundur z flagą USA na ramieniu, staje się wyłącznie łatwym celem. Dla Pittsa. Reżyser wykorzystuje jego obecność w oddziale tylko po to, by pokazać, że w imię amerykańskich ideałów walczą nacje przez Amerykanów nietolerowane. Nero to Meksykanin, pół biedy. Ale Mohamet z Michigan w armii USA? W Ameryce przekracza to ludzkie pojęcie.

W krytyce społeczno-politycznej, którą reżyser wymierza przeciw USA, jest dużo racji. W jej zajadłości i jednostronności sporo jednak przesady. Nawet jeśli walka Nero o tożsamość powinna być z góry przegrana, o ileż byłaby ciekawsza, gdyby konflikty, sytuacje, spotkania i rozmowy nie były skrajnie jednowymiarowe. Nero to chłopak, który ma w głowie pełno ideałów. Musi się ich pozbyć, ale jego mentorem i przeciwnikiem jest wyłącznie Ameryka jako koncept, system, ikoniczna abstrakcja. Twórca portretuje ją jako kraj nietolerancyjny, hołdujący rasowym uprzedzeniom, wierzący w stereotypy i spiski. Jakie szanse ma bohater walczący z machiną – bohater bez twarzy, empatii, jakichkolwiek motywacji? „Soy Nero” frustruje, bo pozbawia widzów wszelkich wątpliwości. Kino zaangażowane nie powinno opowiadać o nieuchronnym rozgoryczeniu w sposób tak dosłowny. Bo wtedy też sprawia zawód – rozczarowuje samo w sobie.