Zjednoczone stany miłości film do obejrzenia, czy ściągnięcia na dysk!

Data publikacji: 2017-06-24

Zjednoczone stany miłości film do obejrzenia, czy ściągnięcia na dysk! Świetny film w szczególności na wieczór! Naprawdę wart obejrzenia! Nie pożałujesz, gdy go oglądniesz!

Zjednoczone stany miłości Online

Zjednoczone stany miłości Online

Zjednoczone stany miłości Online

Rok po upadku PRL-u. Cztery pozornie szczęśliwe kobiety próbują odmienić swoje życie.

SPRAWDŹ RÓWNIEŻ NA:

Zjednoczone stany miłości Online

Zjednoczone stany miłości Online

Zjednoczone stany miłości Online

Zjednoczone stany miłości Online

Zjednoczone stany miłości Online

Kiedy runął mur berliński, w Polsce powiało wolnością. Ale – jak pokazuje w swoim najnowszym filmie Tomasz Wasilewski – oddychania tym nowym, świeżym powietrzem, musieliśmy się dopiero nauczyć. Po „Płynących wieżowcach” reżyser pokazuje nam anonimowe polskie blokowisko A.D. 1990; idzie tropem Kieślowskiego i zagląda do mieszkań, sypialni i dusz tutejszych lokatorów. W 1983 roku, w środku stanu wojennego, Martyna Jakubowicz śpiewała, że „w domach z betonu nie ma wolnej miłości”, ale ze „Zjednoczonych stanów miłości” wynika, że jej piosenka była równie aktualna 7 lat później, już po zmianie ustrojowej. Wasilewski dowodzi, że na przełomie lat 80. i 90. klatki schodowe wciąż były jeszcze przede wszystkim… klatkami. A mimo to, jeśli ktoś pytał cię, „czy jesteś szczęśliwa”, wypadało odpowiedzieć „tak”. Zupełnie jak robi się to za oceanem, w prawdziwych United States.

W 1990 roku reżyser miał 10 lat i jego film wygląda zupełnie niczym wyblakłe zdjęcia z epoki. Kolory są sprane, scenografię stanowią meblościanki i paprotki, a nad wszystkim zawisła ponura cisza. Z każdego kąta trochę straszą, trochę śmieszą – a trochę budzą melancholię – obciachowe swetry, utwardzone fryzury, ortalionowe dresy czy workowate, bladoniebieskie dżinsy z Niemiec. Na obiad je się kotlety z ziemniakami, w ramach sportu uprawia siermiężny aerobik przy dźwiękach przeboju Whitney Houston, a zamiast Internetu jest osiedlowa wypożyczalnia piraconych VHS-ów. Gdyby nie ponury, rozliczeniowy ton, film można by posądzić o transformacyjną nostalgię.

Niestety, jest się z czym rozliczać. Bloki Wasilewskiego patriarchatem stoją; nawet jeśli mężczyźni są tu głównie nieobecni, niepomocni lub w ogóle niepotrzebni. Zupełnie jak bóg – zresztą kolejny facet – który organizuje symbolicznie czas i przestrzeń, wyznaczając osiedlowy rytm mszy, kolęd i pogrzebów. Ale oferta Zbawiciela przystaje do rzeczywistości niczym odpustowy święty obrazek z Matką Boską. W takiej sytuacji reżyser zwraca się ku kobietom: matkom, żonom, kochankom, lesbijkom. Śledzi, jak w bijących echem klatkach schodowych splatają się życiorysy czterech bohaterek. Każda o czymś marzy: Marzena (Marta Nieradkiewicz) o karierze modelki, Iza (Magdalena Cielecka) o Karolu (Andrzej Chyra), a Renata (Dorota Kolak) o Marzenie. Agatę (Julia Kijowska) trapi z kolei bliżej nieokreślona potrzeba ucieczki, wyrwania się, buntu. To niespełnienie odbija się na ich bladych twarzach, w ich wymiętych ciałach, desperackich gestach. Są jak ptaki fruwające po pokoju Renaty: niby wypuszczone z klatek, a jednak wciąż uwięzione wśród czterech ścian. „Zjednoczone stany miłości” to opowieść o tym, jak wyczerpywał się polski model życiowej stabilizacji początku lat 90.

Dla osób z pokolenia reżysera tamten czas był domeną Teleranka, gumy Turbo i trzepaka. Wasilewski pokazuje jednak, że w mieszkaniach ich rodziców – oprócz Teleexpresu czy Wiadomości – gościło również pożądanie. Ktoś romansował z czyimś ojcem, ktoś podkochiwał się w sąsiadce, ktoś uprawiał za ścianą seks albo oglądał przaśne pornosy na wideo. Ta dwupłaszczyznowość świata przedstawionego – gdzie za nostalgiczną fasadą zieje otchłań namiętności – ma w sobie coś z twórczości Ulricha Seidla. Wystarczy podrapać i farba odpada. Austriak nagminnie zamyka swoich bohaterów w więzieniu beznamiętnych kadrów, pokazuje ich upodlonych i obnażonych, fizycznie oraz emocjonalnie. Wasilewski podobnie: od swoich gwiazd wymaga aktów niesłychanej odwagi, bez poczucia żenady przekracza granicę ich intymności. I nie może nie robić to wrażenia. Wszystkie cztery aktorki grają skupione, powściągliwe, świetne role; zwłaszcza napięta niczym struna Kijowska oraz hipnotyzująca pozornym spokojem Kolak.

Wasilewski jest też wyśmienity w inscenizowaniu zwykłego dziania się, w sugerowaniu pewnych stanów swoich bohaterek bez nachalnego zagadywania widza. Potrzeba miotającej się jak dzikie zwierzątko Agaty pozostaje niewyrażona, niezdefiniowana, a jednak ją rozumiemy – a raczej czujemy. Podobnie jest z desperackimi próbami, jakie podejmuje Renata, by zwrócić uwagę sąsiadki. Gorzej wypada wątek Izy, zbyt ufnie podparty na telenowelowej kliszy o kobiecie wzgardzonej, zbyt łatwo spuentowany przez dramaturgiczny wykrzyknik. Cóż, twórca błyskawicznie się rozwija, ale brakuje mu jeszcze dyscypliny. Przypomina w tym nieco Małgorzatę Szumowską sprzed dojrzałego „Body/Ciała”; dziedziczy zresztą niektóre jej przywary. Podobnie jak ona jest on w swojej dezynwolturze szczery, niewinny wręcz. Ale nieco zbyt łatwo daje się ponieść efektownym – żeby nie powiedzieć: efekciarskim – konceptom. Za bardzo lubuje się w transgresji dla samej transgresji, w komponowaniu efektownych kadrów i „mocnych” obrazów, które sprzeniewierzają się wewnętrznej logice świata czy postaci. Damscy bokserzy i masturbatorzy, przygodny seks w kiblu i nagie leżakowanie na kanapie – ciut za dużo tu tego (nie)szczęścia.

Czarnowidztwo twórcy filmu graniczy bowiem ze ślepotą. Wasilewski chce wyciągać niechciane prawdy i opowiadać wyparte historie, ale jest przy tym tak poważny, że gubi gdzieś naturalność. Niby wpuszcza gdzieniegdzie trochę powietrza, niby ma poczucie humoru; widoczne na przykład w scenie wodnego aerobiku niemieckich kuracjuszek – niemal jak z Seidla. Tyle, że Austriakowi jakimś cudem udaje się równoważyć okrucieństwo i zgrywę ze współczuciem; jego kamera patrzy na kompromitujących się bohaterów bez dwuznacznych intencji. A nagość u Wasilewskiego ma w sobie jakiś narcyzm, pozę, która idzie w poprzek postulatowi szczerości. Już sama wizja początku lat 90. jest raczej efektownym kostiumem niż narzędziem jakiejś głębszej refleksji. Tym zjednoczonym stanom miłości miejscami zbyt blisko do stanu miłości własnej.